Hejka kochani!
Wróciłam z nową nazwą bloga, nowym designem i.... nowym postem!
Nie miałam tzw. 'weny', aby cokolwiek napisać, a poza tym CZAS... Mam tu na myśli nie samo napisanie posta, ale także obróbkę zdjęć, przygotowanie itp... Ale akurat dziś mam wolne. Nareszcie...
Oświadczam, że poważnie zabieram się za tego bloga i liczę na czytelników, którzy tu ze mną pozostaną, na obserwacje, ale przede wszystkim komentarze.
Byłam we Fracji - na Comeniusie. Comenius to międzynarodowy program na którym dzieci z krajów europejskich wyjeżdżają za granicę, spędzają tam cały tydzień - mieszkają u rodzin, poznają kulturę, uczą się angielskiego i uczęszczają do 'nowej' szkoły. Głównym motywem jest jednak 'wojna i pokój'. W czerwcu ubiegłego roku gościłam w Polsce młodszego o 2 lata włocha - Manuela. We Fracji także wszystkie dzieci są młodsze.W poniedziałek rano pojechaliśmy pociągiem do Warszawy, z lotniska samolotem do Paryża, z przesiadką do Lyon'u. Z Lyonu pociągiem do Valence, skąd odebrała mnie moja 'rodzina' - 9-Letnia Lou, z 6-letnią siostrą Satine, 4-letnim bratem Nino (który powiem wam, był najsłodszym dzieckiem we Francji) i 10-miesięczną siostrzyczką Ellą. Zadanie miałam o tyle ułatwione, że babcia mieszkająca z 'moją rodziną' była polką (ludzie we Francji bardzo słabo mówią po angielsku).

Mieszkałam w małej wiosce Clerieux, w regionie Rodan-Alpy, niedaleko Valence.W Clerieux jest pełno 3-piętrowych, białych kamieniczek, z charakterystycznymi dużymi okiennicami. Ja mieszkałam w jednej z nich. Wnętrze w stylu vintage/shabby chic - białe dekoracje, ramki z inspiracjami, białe meble - aaah, mój raj...
Szkoła była w podobnym stylu - kilkupiętrowa malutka, urocza z dużymi, turkusowymi okiennicami. Pomimo tego, nie chciałabym do takiej uczęszczać. We wtorek zjedliśmy przepyszny lunch w restauracji - przystawkę, danie i deser. Rzeczą, która bardzo mnie zainteresowała jest to, że we Francji pije się wodę źródlaną (kranową), podaje się ją w dużych szklanych butelkach (jak po szampanie), i pije się w kieliszkach. Smakowała inaczej - lepiej - niż woda w Polsce. Później dostaliśmy wypełnione helem balony, w kształcie gołąbków pokoju i wypuściliśmy je do nieba. W środę mieliśmy wizytę w Vercorze - pięknym, krajobrazowym mieście w Alpach. Znowu obiad w restauracji - ja jestem zwolenniczką typowo polskiej kuchni. Potrawy były dobre, ale zbyt.. wykwintne. Później wieczorem poszliśmy do jaskini, w której było megamega wilgotno, i ciemno - samodzielnie robiliśmy świece - moje 'życiowe szczęście' oczywiście chciało, żeby na całą wizytę w Vercorze rozładował mi się aparat.. Wracając do 'domu' autokarem, jechaliśmy chwilowo tak, że autokar był dosłownie parę centymetrów od przepaści. Przypadkowo przypomniałam sobie te 11 filmów katastroficznych, i już wyobrażałam sobie, jak spadamy, co dodatkowo dodało mi strachu...
Wieczorem kolacja pożegnalna - tak szybko to minęło... nie mogłam uwierzyć, że to już skończone, i w najbliższym czasie się już nie zobaczymy. Ostatnie 'selfie' z nowymi przyjaciółmi, francuskie występy, i narodowe piosenki każdego kraju - 'karolinka' w naszym wydaniu została nagrodzona gromkimi brawami, ha!
Na zdjęcia w Clerieux nie było czasu, więc zamieszczam ich mało - ja już zmykam i miłego oglądania! ;)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy choć maleńki komentarz motywuje mnie do dalszej pracy :)
Biorę pod uwagę krytykę neutralną, oraz wszelkiego rodzaju opinie na temat mojego bloga.